OPOWIADANIA I WIERSZE

Opowiadania i wiersze > Opowiadania > Pozostałe > Wiedźmy

Wiedźmy

Na środku rynku stał duży drewniany podest, nad którym piętrzyły się trzy szubienice. Pod jedną z nich znajdowała się kobieta o kruczoczarnych włosach. Coś mi mówiło, że to tylko kolejna, niewinna ofiara zaślepionych inkwizytorów, którzy przejęli tu władzę od czasu afery z biskupem wywodzącym się z naszego miasta.
- ...Została skazana za praktykowanie magii i sprzeniewierzanie się Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, oraz Kościołowi. Podczas przesłuchania przyznała się do wszystkich stawianych jej zarzutów. W zamian za przyznanie się, w łaskawości Świętej Inkwizycji, zostanie pozbawiona życia przez powieszenie... - inkwizytor wygłaszał doniośle przygotowaną mowę.
Zapomnieli dodać, że owo przyznanie się padło po sadystycznych i wykańczających torturach, co było doskonale widać po stanie skazanej. Obok niej stał kat - rosły mężczyzna z tygodniowym zarostem, w poplamionych łachmanach z białym kapturem na głowie. Wyglądał niczym włóczęga, któremu nie skąpiono jednak jadła. A widząc już nie raz takie egzekucje, to tak chyba wyglądają wszyscy kaci. Gęsty tłum szczelnie okrążał śmiercionośną scenę. Jakaś stara kobieta klęczała zakrywając twarz rękami, spod których kapały łzy. Pewnie ktoś z rodziny. Inny starzec modlił się głośno, lecz bardziej z pogardą niż ze zlitowaniem. Zdecydowana większość z obrzydzeniem patrzyła na skazaną nie mogąc doczekać się kulminacyjnego momentu.
- ...In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti1 - przeżegnał się inkwizytor, a kat uruchomił zapadnię.
Tłum wiwatował.

Ja osobiście nigdy nie przejawiałem wiary ani w słowa księży, ani we wszelkie inne kulty, których mnogości można było doświadczyć nie raz. Jednak od czasu opanowania władzy przez Inkwizycję, wszystko się zmieniło; wszyscy stali się potulnymi barankami Kościoła, a wszelkie inne wierzenia zeszły głęboko do podziemia. Ja nauczyłem się omijać szerokim łukiem tych charakterystycznie ubranych mężczyzn, kształcących się w elitarnych szkołach, gdzie uczono ich nie tylko teologii, ale i psychologii oraz doskonalono w rzemiośle detektywów, których głównym narzędziem dochodzenia prawdy były wyrafinowane tortury. A unikać ich nie było łatwo, gdyż poza lochami przesiadywali głównie w karczmach korzystając w pełni z respektu i strachu, jakie budzili wśród zwykłych ludzi. Kto by się tylko im przeciwstawił, to tak, jakby prosił się o zasmakowanie piekła jeszcze tu na ziemi, czego przykładem był właśnie wspomniany biskup urodzony w sąsiedztwie domostwa, w którym się wychowywałem. Prawy i uczynny człowiek, który podobno chciał wybronić jednego z postawionych przed inkwizytorskim trybunałem.

Mimo tych wielkich zmian, starałem się żyć jak wcześniej. Zawsze szukałem sobie jakichś celów życiowych, których osiąganie sprawiało mi satysfakcję i nadawało wszystkiemu sens. A gdy osiągałem jeden, szybko pojawiał się następny, gdyż ambicji nigdy mi nie brakowało. Ot, taka moja filozofia. Tym sposobem między innymi nauczyłem się czytać i pisać (choć nie ukrywam, że bardzo pomogło w tym rodzinne bogactwo, gdyż pochodziłem z bardzo uważanej i szanowanej familii). Nie trudno więc z takimi umiejętnościami było mi znaleźć pracę jako pisarz. Na początku przepisywałem dzieła znanych filozofów i poetów, ale szybko odkryłem w sobie talent i zacząłem tworzyć własne teksty, co było doceniane głównie przez podróżujących komediantów, którzy krążąc od miasta do miasta wystawiali w swych teatrach przedstawienia. A móc usłyszeć swoje teksty w ustach aktorów, było dla mnie kolejną motywacją do kontynuowania swojej pracy. Do tego dochodziła możliwość łatwych pieniędzy, gdyż sprzedawałem ciągle te same, lub nieco zmodyfikowane teksty kolejnym trupom. Ale skoro już zarabiałem na tyle, że w zasadzie więcej mi nie było trzeba, nadszedł czas by znaleźć sobie następny cel...

* * *

Był słoneczny, jesienny dzień. Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, jak to miały w swoim zwyczaju odkąd pamiętam. W nich pojawiły się dwie dziewczyny. Jedną z nich znałem od kilku miesięcy; druga była mi obca. Lecz od pierwszego wejrzenia coś mnie w niej urzekło. Niby wyglądała jak typowa dziewczyna ze wsi, ale moją uwagę przykuły włosy - piękne, długie i złociste niczym promienie słońca przebijające się przez liście pobliskich dębów. I, podobnie jak te dęby, tak i ona nie grzeszyła niskim wzrostem. Cudowne, zielonkawe oczy dopełnione delikatnym, acz szczerym uśmiechem poruszyły we mnie chyba wszystko, co tylko było do poruszenia.
- Witaj! - przywitała się moja znajoma.
- Serwus! - odrzekłem lekko drżącym głosem.
- Poznaj moją przyjaciółkę, Anielę.
Tak, to anielskie imię pasowało do niej jak najbardziej. Wciąż speszona podała mi rękę.
- Marcin jestem - przedstawiłem się.
- Aniela ma jedną sprawę do Ciebie. Wspominałeś mi kiedyś o takiej możliwości, a ona właśnie... - urwała popychając swoją przyjaciółkę lekko do przodu.
- Bo panie Marcinie, ja szukam pracy i Lenka mówiła, że może u pana... Ja potrafię naprawdę wiele rzeczy, szybko się uczę...
Dalszych słów nawet nie pamiętam. Były dla mnie jak muzyka - nie liczyła się treść, ale barwa, harmonia, takt i kompozycja. Zresztą i tak były zbędne, bo już wiedziałem, że zrobię wszystko, aby móc spędzać z kimś takim więcej czasu. Patrzyłem zauroczony na jej usta skrywające może i nie idealnie symetryczne, ale urocze, drobne białe ząbki. A w głowie rodził się szkic dla nowego celu, który zapragnąłem osiągnąć - złączyć się z nią do końca życia.

* * *

Oczywiście postarałem się o to, abyśmy z Anielą mogli wspólnie pracować. Ryzykownie przyjąłem całą odpowiedzialność za nią, ale coś mi mówiło, że mogę śmiało uczynić ten krok i moja nowa koleżanka nie rozczaruje mnie. Dzięki temu miałem szansę na bliższe poznanie i zawiązanie przyjacielskich relacji. Doskonale się rozumieliśmy, a dzięki niej zagościły u mnie radość i śmiech, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Zaczęliśmy też spotykać się razem poza pracą. Jeszcze w lutym, niczym małe dzieci, biegaliśmy po śniegu obrzucając się i tarzając w nim. A w tym roku nasypało go naprawdę dużo. Nigdy z nikim nie bawiłem się równie wspaniale.

Okazała się też nader bystrą osobą. Szybko wykształciłem ją w sztuce pisania i nie tylko. I w tej nauce była tak zapalona i przejawiała taką bystrość, że wkrótce to ona mi zaczęła wytykać wszelkie popełniane przeze mnie błędy. Sam uczyłem się, co to znaczy kochać kogoś bez względu na wszystko i jak wiele można poświęcić dla takiej osoby. Choć ona traktowała mnie jak przyjaciela, to jednak miałem nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Tym bardziej, że sprawiała wrażenie osoby szczęśliwej, że może spędzać ze mną czas.

* * *

Obrany przeze mnie cel okazał się jednak trudniejszy i bardziej wymagający, niż sądziłem. Minął ponad rok znajomości, a jednak wciąż pozostawałem dla niej bardziej przyjacielem, niż kimś, kogo można pokochać. Był styczeń i zbliżała się rocznica jej urodzin. Chciałem z tej okazji kupić jej coś wyjątkowego. Poświęciłem jeden dzień na przemierzanie od sklepu do sklepu oraz od stoiska do stoiska podróżujących po świecie handlarzy w poszukiwaniu godnego prezentu. Jednak wciąż nie umiałem znaleźć niczego, co by mi odpowiadało. Aż trafiłem na jeden sklepik, o którym istnieniu nawet wcześniej nie wiedziałem. Był to sklep z odzieżą. Gdy wszedłem do środka powitała mnie starsza kobieta o czarnych, lekko kręconych włosach:
- Czegóż szukasz, młody człowieku?
- Dzień dobry. Właściwie to nie wiem dokładnie. Chciałem coś kupić koleżance; coś wyjątkowego...
- A, to może zapraszam ze mną?
Kobieta zaczęła iść w głąb pomieszczenia. Ja z wolna poszedłem za nią. Weszliśmy do przyległej izby, w której panował półmrok. Tam znajdowała się jeszcze jedna starsza kobieta o dość zbliżonym wyglądzie; rzekłbym, że to siostry.
- A może coś z tego? - zapytała ściszonym głosem rozwijając przede mną pas skóry zwinięty w rulon.
Przyczepione były do niego najróżniejsze wisiorki i amulety, ale też jakieś suszone zioła. Lecz kobieta rękami pokazała mi tą pierwszą część asortymentu.
- Lubi takie rzeczy? - zapytała ta druga.
- W sumie tak... - odparłem.
- Może taki? - wzięła w rękę jeden z nich i podając tej pierwszej dała sobie go założyć na szyję.
- Hm, może coś dłuższego i większego... Ona lubi ubrania z dużym dekoltem... - zacząłem opowiadać.
I chyba w tej opowieści powiedziałem na tyle dużo, że ta, która rozwijała przede mną ten rulon, zwinęła go z powrotem stwierdzając:
- To musi być bardzo droga ci i wyjątkowa osoba. Mamy tu coś specjalnego...
Wyjęła jakby spod podłogi małą szkatułkę, a niej jeden z amuletów.
- To będzie dla niej odpowiednie. Zobaczysz, jak założy, to wszystko się zmieni i na pewno cię pokocha.
Nie wierzyłem w żadne magiczne moce. A przynajmniej tak mi się zdawało. Jednak piękno tego było wyjątkowe i stwierdziłem, że rzeczywiście Anielce było by w tym bardzo do twarzy. Nie zwracając uwagi na koszty kazałem sobie zapakować. Na odchodne przyjmująca mnie kobieta rzuciła jeszcze:
- Zobaczysz, na pewno wszystko się zmieni i odwzajemni ci uczucie.
Ja jednak bardziej cieszyłem się z nabycia po prostu czegoś niepowtarzalnego. A trud włożony w poszukiwania potęgował moją satysfakcję z właśnie zdobytego, kolejnego małego celu tego dnia.

* * *

W dniu urodzin byłem bardzo podniecony nadchodzącą chwilą. Chowałem za pazuchą prezent, jaki chciałem jej dać po skończeniu pracy. Nie było żadnej wielkiej uroczystości. Po prostu odświętnie się ubrałem, zapaliłem świeczkę i składając życzenia wyciągnąłem podarek.
- A przestań! - odmówiła przyjęcia.
- Proszę, weź - nalegałem, bo czułem, że pewnie jest skrępowana, że ktoś chce jej podarować coś wartościowego.
- Nie przyjmę tego! - tym razem jej odmowa zabolała.
- Będzie mi przykro - odrzekłem zgodnie z prawdą.
- A co powie mój chłopak?
- A to nie możesz już prezentu dostać na urodziny? - zapytałem zniesmaczony jej argumentem - No nie daj się prosić, taki drobiazg...
W końcu uległa.
- Mogę ci go założyć?
Z niechęcią zgodziła się, ale chwilę po tym, gdy zawiesiłem na jej szyi, zdjęła go. To wszystko wcale nie wyglądało tak, jak sobie zaplanowałem. Gdzieś podświadomie uwierzyłem w zapewnienia dwóch starszych kobiet i tym bardziej cała ta sytuacja popsuła mi humor. Ale miałem nadzieję, że jeszcze nic straconego i że może w domu zmieni zdanie, założy go i coś się zmieni.

W kilka dni po tym jednak zdecydowała się założyć go na szyję i przyjść tak do pracy. Z początku nawet nie zauważyłem. Może dlatego, że w ogóle się nie spodziewałem. A może to efekt tego, co stało się podczas wyręczania. Gdy już dostrzegłem dopiero po godzinie albo dwóch, stwierdziłem, że na zachwyty jest za późno. Wolałem udawać, że nie rodzi ten fakt we mnie skrajnych emocji, jednak na powrót zaczęły ożywać moje nadzieje. Ale takie postępowanie było błędem, gdyż mój brak reakcji został potraktowany bardzo nieprzychylnie i srogo mi wypomniany. Więcej nie widziałem już mojego prezentu na jej szyi. Albo nie chciałem widzieć, gdyż przyniósł mi więcej cierpienia niż radości. A mówią, że przyjemnie jest dawać.

* * *

Życie biegło dalej, lecz najwyraźniej w niewłaściwym kierunku, ponieważ mój cel zdawał się być coraz odleglejszy i mniej wyraźny. Choć nadzieja na zmiany wciąż we mnie się tliła. Wszak prawdziwa miłość nie gaśnie jak iskierka wypadająca z pieca, lecz tli się jak rozżarzona bryła węgla. Lecz pewnego dnia na ten tlący się głaz zostało wylane wiadro wody w postaci druzgocącej mnie wieści - moja ukochana wyjdzie za mąż. Nie, ona mi tego nie oznajmiła. Ale nie musiała. Pokojarzyłem pewne fakty i wszystko stało się jasne. A raczej ciemne niczym bezkresne morze - morze rozpaczy.

W ów dzień stałem gdzieś na końcu za ludźmi biorącymi udział w ceremonii zaślubin. Nie mogłem się z tym pogodzić i uwierzyć. Ale byłem bezsilny. Choć złość we mnie buzowała, to jednocześnie wciąż ją kochałem i nie mogłem stanąć na drodze jej szczęścia. Oddaliłem się po cichu ocierając łzy z policzków. A tak naprawdę to rozryczałem się jak małe dziecko, któremu zabiera się siłą lizaka. Nie wiem kiedy znalazłem się w knajpie, ale poczułem wielką ochotę zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłem - urżnąć się w trupa.
- Może wystarczy już? - zapytał oberżysta.
- Lej! - rozkazałem kładąc na stole sakiewkę.
- Zły dzień?
- Nie twój interes! - odburknąłem.
- Coś pan taki drażliwy - zapytał jakiś jegomość, który się dosiadł.
- Szkoda gadać...
- Zawsze warto pogadać - odparł głosem pełnym troski.
Spojrzałem na swojego sąsiada. Choć czułem się już jak marynarz podczas sztormu na dziobie swej łajby, to jednak rozpoznałem ten charakterystyczny płaszcz, to spojrzenie i ten głos. Tak, to był jeden z tych, których wolałem unikać. Tym razem jednak w głowie zaświtała mi mściwa myśl.
- A ma pan rację. Coś opowiem.
- Zatem słucham.
I zacząłem snuć swoją historię od samego początku, a poczucie gniewu ustępowało do momentu, w którym obudziłem się gdzieś na ulicy z mordą wylizaną przez tułającego się psa.

* * *

Kilka tygodni później wreszcie wyszedłem z domu przezwyciężając niemoc podsycaną rozpaczą oraz strach. Bałem się spotkania z nią, ale ucieczka niczego nie rozwiązywała. Tym bardziej, że wciąż żywiłem głębokie uczucie, które pchało mnie ku temu, by znów ją zobaczyć. Powoli szedłem do pracy mijając kolejne domy i zbliżając się do centralnego punktu miasta. Na środku rynku stał duży drewniany podest, nad którym piętrzyły się trzy szubienice. Pod dwiema z nich znajdowały się starsze kobiety o kruczoczarnych włosach.
- ...Zostały skazane za praktykowanie magii i sprzeniewierzanie się Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, oraz Kościołowi. Podczas przesłuchania obie przyznały się do wszystkich stawianych im zarzutów. W zamian za przyznanie się, w łaskawości Świętej Inkwizycji, zostaną pozbawione życia przez powieszone... - inkwizytor wygłaszał doniośle przygotowaną mowę.
Miałem gdzieś, czy winę udowodniono w uczciwym procesie. Obok nich stał kat - rosły mężczyzna z tygodniowym zarostem, w poplamionych łachmanach z białym kapturem na głowie. Zdecydowana większość, w tym i ja, z obrzydzeniem patrzyliśmy na skazane nie mogąc doczekać się kulminacyjnego momentu...

KONIEC
Żory, 12.01.2013


1 In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti – łac. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Informacje o tekście
Powiązane linki:Wróć
[Komentarze] | Share Podziel się
Data dodania:12 stycznia 2013 09:39
Tekst czytano:120 razy
0,07/dzień
Ocena tekstu:
6,00 (1 oceniających)
(Kliknij właściwą gwiazdkę, by oddać głos)

Uwaga! Wszystkie teksty na tej stronie są mojego autorstwa i objęte są prawami autorskimi! Kopiowanie, publikowanie lub cytowanie w całości bez wiedzy autora - ZABRONIONE! [Dowiedz się więcej o prawach autorskich]

Strona istnieje od 25.01.2001
Ta strona używa plików Cookie
Helion.pl  
archive To tylko kopia strony wykonana przez robota internetowego! Aby wyświetlić aktualną zawartość przejdź do strony.
Ładowanie...

Optymalizowane dla przeglądarki Firefox
© Copyright 2001-2017 Dawid Najgiebauer. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ostatnia aktualizacja podstrony: 22.09.2014 12:17
Wszystkie czasy dla strefy czasowej: Europe/Warsaw