OPOWIADANIA I WIERSZE

Opowiadania i wiersze > Opowiadania > Opowiadania kolejowe > Przeznaczenie

Przeznaczenie

Pierwszy października stał się od teraz dla Piotra nowym wyznacznikiem końca wakacji. Te najdłuższe, dzielące naukę w liceum ekonomicznym a studia o tym samym kierunku, właśnie dobiegły końca. Choć w stolicy Górnego Śląska funkcjonowały prężnie uczelnie kształcące przyszłych bankowców, on wybrał na miejsce swojej dalszej edukacji również stolicę śląska, lecz tego „drugiego” - miasto Wrocław.

Rozpoczął się najwspanialszy okres jego życia będący prologiem kariery zawodowej. Od małego ulubioną zabawą Piotrusia było „inwestowanie” uzbieranych w skarbonce miedziaków w bankach znajdujących się zawsze w budowanych z klocków miastach. W wieku 7 lat za uzbierane kieszonkowe kupił sobie Eurobusiness - polską odmianę gry planszowej znaną pod nazwą Monopoly. Gdy na Komunię dostał komputer spędzał przed nim całe wieczory. Lecz nie grał, jak większość jego rówieśników, w „strzelanki” czy wyścigi. To go nie pociągało. Wolał przenieść swoje dziecięce zabawy na ekran monitora grając głównie w gry strategiczne i ekonomiczne. Jego ulubioną była SimCity, gdzie stawał się zdolnym burmistrzem potężnych metropolii. O dziwo nie przeszkadzało mu to szczególnie w nauce, choć rewelacyjnie mu nie szła, pomijając przedmioty stricte ekonomiczne. Wszyscy, włącznie z nim samym, wiedzieli, że kiedyś skończy na wysokim stanowisku w jakiejś instytucji finansowej. To właśnie wydawało się być jego przeznaczeniem.

Na studiach wreszcie mógł w całości poświęcić się temu, co kochał. To sprawiło, że jego wyniki w nauce były znacznie lepsze niż wcześniej. Szybko stał się prymusem na swoim roku. Mieszkał na stancji wraz z przypadkowym współlokatorem z wrocławskiej politechniki. Do rodzinnych Katowic jeździł w miarę regularnie co dwa, trzy tygodnie. Z początku kolej zapewniała mu w miarę swobodny wybór pomiędzy licznymi połączeniami. Po roku cięcia, oszczędności i idące za tym likwidacje połączeń sprawiły, że powroty do domu musiały być znacznie staranniej planowanie, jeśli chciało uniknąć się przesiadek.

To właśnie te trudności w znalezieniu dogodnego połączenia sprawiły pewnego razu, że początkiem jego emigracji z rodzinnego Śląska stała się stacja w Gliwicach. Stał na peronie najdalej oddalonym od kas, w oczekiwaniu na podstawienie pociągu. Tablice informacyjne pamiętające Gierka siały wśród podróżnych niepokój. Z jednej strony jako miejscowość docelowa był wymieniony Wrocław, zaś po drugiej stronie widniał w tym samym miejscu napis „Opole”. Ale Piotr wierzył w rozkład znaleziony w Internecie, a że w tym czasie ze stacji nie odjeżdżał żaden inny pośpieszny, nie przejmował się zbytnio napisami. Jednak nie wszyscy byli w stanie powstrzymać się od małej paniki w tej sytuacji. Do studenta podszedł zagraniczny turysta ciągnący za sobą sporą walizkę na małych kółeczkach:
- Excusez-moi, monsieur? Parlez-vous français?
Piotr niestety francuskiego nie znał, więc wymownie rozłożył ręce w geście niezrozumienia. Turysta spróbował więc inaczej:
- Do you speak English? - zapytał ze śmiesznym akcentem.
Na tym polu akurat Piotr radził sobie świetnie:
- Yes, of course!
- Where is going this train? - turysta z trudem wypowiedział zdanie łamaną angielszczyzną.
Piotrek nie do końca był pewien, czy jego rozmówca chce zapytać się, gdzie teraz znajduje się pociąg, czy może o której będzie, więc postanowił pomóc:
- You mean, when the train arrives at the station?
- No, no! Destination.
Turysta widać znał słówka, lecz z gramatyką nie radził sobie zupełnie.
- Ah! Wrocław!
- Sure?
- Yes, I'm sure.
- Thanks you! - z ulgą odpowiedział turysta.
Piotrek uśmiechnął się. Jednocześnie z nudów zaczął rozważać, jak wiele znaczeń w języku polskim może mieć angielskie słówko destination. Pomyślał, że zabawnie brzmiałby w języku polskim zwrot „przeznaczenie pociągu”.

Po kilku minutach zielona siódemka wciągnęła na peron sześć wagonów Adu, których „przeznaczeniem” był Wrocław. Wszystkie z nich zaczęły być mocno oblegane przez wsiadających pasażerów z Gliwic, tak że znalezienie wolnego miejsca wcale nie należało do prostych. Piotrkowi się udało dość szybko, choć przepuścił przy wejściu wielu podróżnych. Zajął siedzenie tuż przy drzwiach w jednym z przedziałów. Spośród ośmiu się tam znajdujących już tylko jedno obok niego nie było zajęte.

Tak pozostało aż do stacji w Pyskowicach. Choć z reguły pociągi pospieszne nie zatrzymywały się na tej nieco zapomnianej stacji, to jednak powszechny plan oszczędności zakładał, że właśnie na odcinku od Gliwic do Pyskowic ten pociąg traktowany będzie jak zwykły osobowy. Dla niektórych okazało się to dobrodziejstwem. Skorzystała z tego młoda dziewczyna, która zajęła miejsce tuż przy przyszłym ekonomiście. Weszła bezszelestnie. Nikt, poza Piotrem, nie zwrócił na nią uwagi. Ściągnęła kurtkę, lecz zaraz się nią nakryła, gdyż - jak to w zimie na kolei - wagon ze szwankującym ogrzewaniem do rzadkości nie należy. W prawej ręce trzymała bilet, lewą schowała pod kurtkę. Głowę oparła o zagłówek wyposażony w małe przegródki pomiędzy miejscami, dzięki którym głowy drzemiących pasażerów nie były tak bardzo narażone na zderzenia z głowami sąsiadów. Zamknęła oczy i zdawała się przysypiać. Jej głowa pokryta długimi blond włosami z ciemnymi pasemkami zbliżyła się do głowy Piotrka. Pod kurtką, która częściowo także przykrywała i jego, swoją rękę przełożyła pod jego ręką. Spojrzał w jej stronę. Na jej bladej twarzy rysował się delikatny uśmiech. Położył więc delikatnie swoją dłoń na jej. Była lodowato zimna. Kciukiem zaczął, niby mimowolnie, powoli gładzić jej rękę. Jednocześnie oparł głowę o tą samą przegródkę zagłówka i udawał, że drzemie. Jednak w rzeczywistości napawał się przyjemnością, jaką sprawiała mu ta sytuacja i zachowanie jego współpasażerki.

Nieco tą przyjemność zakłócił konduktor sprawdzający bilety. Dziewczyny zupełnie nie wzruszyło jego wtargnięcie. Piotrek postanowił więc wyciągnąć bilet z jej ręki i wraz ze swoim podał je kontrolerowi. Ten sprawdził jego bilet, postawił na nim stempel i oddał mu oba. Trochę zdziwiło Piotrka, dlaczego nie zrobił tego samego z drugim biletem. Ale jakoś nie zapytał, tylko w milczeniu je odebrał. Jej bilet wsunął pod rękę, z której go zabrał. Nie wnikał w procedury, jakimi kierowali się konduktorzy. Wolał jak najszybciej znów oprzeć głowę o zagłówek i powrócić do delikatnego głaskania wciąż zimnej ręki dziewczyny. Tak dojechali do Wrocławia. Bez ani jednego słowa. Pożegnali się na peronie uśmiechem i każde z nich poszło w swoją stronę.

Od tego czasu Piotr wracał do Wrocławia regularnie co dwa tygodnie właśnie tą linią, choć miał bardziej dogodne połączenia wprost z Katowic. Jednak liczył, że znów spotka swoją towarzyszkę podróży, której obecność sprawiła mu tyle radości. Niestety.

Natrafił na nią dopiero po roku. Cała sytuacja przypominała trochę muzykę wydobywającą się z zaciętego gramofonu. Znów stacja w Pyskowicach strasząca opuszczonymi dawno temu kasami, znów zima i niedogrzany wagon. I ponownie ona weszła bez słowa do przedziału i usiadła obok niego. Nakryła się kurtką, zamknęła oczy lekko przechylając głowę w jego stronę. Pod kurtką przełożyła tak samo jak wtedy swoją rękę pod ręką Piotra. I znów dojechali tak aż do stacji docelowej - w milczeniu, z uśmiechami na twarzy. Tym razem jednak Piotr postanowił powiedzieć choć słowo, zanim się rozstaną. Chciał usłyszeć brzmienie jej głosu:
- Dziękuję!
- Za co? - odrzekła dziewczyna, której uśmiech nie schodził z twarzy.
- Wiesz dobrze - odwzajemnił uśmiech i on, po czym dodał dość nietypowe pytanie - Kim Ty właściwie jesteś?
- Wierzysz w przeznaczenie?
Piotrka trochę zaskoczyła ta odpowiedź-pytanie.
- Czy ja wiem...
Zaczął się zastanawiać, lecz zanim zdążył coś więcej dodać, to nieznajoma rzuciła odchodząc:
- Za tydzień ten sam kurs.
Wielki uśmiech pojawił się na twarzy młodzieńca. Czuł, że być może właśnie znalazł sobie towarzyszkę, z którą będzie mógł być razem aż do końca życia. Lecz zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek, ona rozpłynęła się w tłumie.

* * *

- A co ty tu robisz? - matka nie kryła zdziwienia, gdy jej syn niespodziewanie szybko przyjechał na weekend - Stało się coś?
- Nie. Miałem ochotę przyjechać po prostu - odparł, ukrywając prawdziwy powód swojego przyjazdu.
- No a jeżdżą pociągi? W telewizji mówili, że pod Częstochową nawet ludzie prądu nie mają od kilku dni przez ten śnieg.
- Tu na trasie pociągi często jeżdżą, to torów nie zasypie - uspokajał matkę.

Rzeczywiście, zima była wyjątkowo sroga w tym roku. Grube płatki śniegu oblepiały wszystko, co tylko możliwe: drzewa, znaki, linie energetyczne. Przeto ojciec nie krył oburzenia i zdziwienia, gdy w niedzielę Piotrek poprosił go o podwiezienie na stację kolejową w Gliwicach. Ale widząc upór swojego syna, spełnił życzenie. Zresztą Piotr by nie odpuścił. W głębi cały weekend żył tylko umówionym spotkaniem.

Pociąg, o dziwo, był o czasie. Podróżnych wcale nie mniej. Sporo składów nie kursowało, więc te, które jeździły, były mocno oblegane. Dobrze, że tym razem ogrzewanie w przedziale zajmowanym przez Piotra sprawowało się bez zarzutów.

Na stacji w Pyskowicach chłopak z niecierpliwością wypatrywał swojej towarzyszki podróży. Zastanawiał się nawet, jak ona go znajdzie, skoro nie mają swoich numerów telefonów, ani nie umawiali się na konkretny wagon. Wyszedł na korytarz i za bardzo nie wiedział, co robić. Jednak po chwili w drzwiach wagonu pojawiła się ona. Pomachał jej wskazując swój przedział. Jakaś inna kobieta, widząc to, obejrzała się za siebie, a następnie czmychnęła szybko do przedziału, obok którego akurat stała. Pociąg już ruszył, zanim dziewczyna o pięknym uśmiechu i zimnych dłoniach zajęła miejsce zarezerwowane dla niej przez Piotra. Usiedli znów obok siebie. Tym razem nie zamknęła oczu, lecz zaczęła rozmowę:
- Studiujesz we Wrocławiu?
- Tak - potwierdził. - A ty?
- Ja odwiedzam czasem pewnych ludzi. Można powiedzieć, że takie mam zadanie. A co studiujesz?
- Ekonomię. Często jeździsz tym pociągiem?
- Raczej nie. Ale ty chyba często.
- Ostatnio tak. Bo ja mieszkam w Katowicach i raczej stamtąd jeżdżę. Ale... - Piotr zawiesił nieco głos, bojąc się przyznawać, że to przez wzgląd na nią.
- Wydajesz się bardzo miły.
- Ty też jesteś miła. I bardzo mi było miło, jak pierwszy raz tak położyłaś mi rękę na mojej. Dlaczego zapytałaś się mnie kiedyś, czy wierzę w przeznaczenie?
- A wierzysz?
- Chcesz powiedzieć, że myślisz, że to nasze spotkanie to było przeznaczenie?
- Ja to wiem. Szkoda mi będzie pożegnać się dziś z Tobą.
- A może... Wcale nie musimy. Może pójdziesz ze mną?
- Niestety, musimy.
Piotrek uśmiechnął się. Sam jakoś nigdy nie przypuszczał, że coś takiego może mieć miejsce w jego życiu. Chciał jeszcze zapytać się o powód, dla którego dziewczyna nie chce skorzystać z jego zaproszenia, ale dalszą rozmowę przerwała mu jakaś kobieta będąca mocno przy kości, która stanęła w drzwiach przedziału:
- Wolne?
Nie było wolnych miejsc. Lecz zanim Piotrek zdążył zaprzeczyć, kobieta rzekła do niego:
- Pomoże mi pan z torbami? Tu na korytarzu mam.
Piotrek spojrzał w górę. Na półce było trochę miejsca, więc stwierdził, że może bagaż kobiety zabrać spod nóg pasażerów chodzących korytarzem. Bez słowa wyszedł z przedziału, by wziąć torbę, wcale nie mniej grubą, niż jej właścicielka. Gdy z trudem wpychał ją na półkę za oknami na moment zrobiło się jasno, niczym od błyskawicy. Sekundę później rozległ się przeraźliwy syk powietrza. O dach coś uderzyło kilka razy. Ułamek sekundy później do syku dołączył przeraźliwy pisk wyziębionych hamulców wagonu. Gruba kobieta poleciała niczym pocisk wzdłuż korytarza. Piotrek zaparł się o półkę. Za chwilę wszystko zaczęło wirować. Ludzie krzyczeli, bagaże fruwały w powietrzu. Torba, którą przed chwilą wkładał uderzyła go w głowę. W tym momencie stracił przytomność.

* * *

Na pobliskim oddziale pogotowia ratunkowego rozległ się alarm.
- Młody, idziesz! - zawołał lekarz do chłopaczka, który od tygodnia odbywał tam zastępczą służbę wojskową.
- Ale ja nigdy jeszcze... Ja tutaj dopiero się uczę...
- Chodź, nie gadaj! Mamy katastrofę kolejową. Każda para rąk potrzebna będzie.

Gdy dojeżdżali na miejsce, nad terenem działań ratowniczych pobłyskiwała niebieska łuna. Leżący śnieg doskonale wzmacniał światła pojazdów ratowniczych. Lokomotywa leżała na boku jakieś 20 metrów od torowiska. Pierwszy wagon w tej samej pozycji był niedaleko za nią. Drugi nie zdołał ominąć słupa trakcyjnego, owijając się wokół niego tak, że na całej swej szerokości został przedarty. Właśnie ku temu wagonowi zmierzała ekipa ratunkowa.
- Tu, żyje! - zawołał młody pełniący rolę sanitariusza znajdując w miarę swobodne wejście do jednego z przedziałów.
Lekarz podbiegł. Gdy zaczął go badać, ranny mężczyzna się ocknął.
- Słyszysz mnie? Jak się nazywasz?
- Piotr.
- W porządku. Nic się nie bój. Już cię stąd wyciągamy. Boli cię coś?
- A dziewczyna?
- Twoja? Jechała z Tobą?
- Tak. Obok.
Lekarz wiedząc, że najważniejsze jest uspokojenie pacjenta zawołał do młodego ratownika:
- Sprawdź!
- Nie ma, panie doktorze! Pięciu mężczyzn i jedna starsza kobieta!
Lekarz zapytał więc Piotrka:
- Pamiętasz, ilu ludzi było w przedziale?
- Tak! Wszystko zajęte było. Osiem ludzi.
Lekarz spojrzał wymownie w stronę sanitariusza pokazując mu palcami liczbę 8.
- Jest jeszcze sześciu, doktorze - odparł, potwierdzając swoje słowa wyciągniętymi sześcioma palcami u rąk.
- Dobra, bierzemy go!
Piotrek po chwili leżał już na noszach. Wciąż jednak dopytywał:
- Jest? Żyje?
- Spokojnie. Będzie dobrze. Nie ruszaj się! - uspokajał lekarz.
Jednocześnie polecił sanitariuszowi, by zaczął transportować rannego w stronę ambulansu, sam w tym samym czasie wszedł do wagonu sprawdzić stan pozostałych z przedziału.
- Gdzie ona jest? - Piotrek zapytał sanitariusza.
- Nie było tam żadnej dziewczyny - odparł niezbyt roztropnie niedoświadczony ratownik.
Piotr rzucił się w tym momencie tak, że na oblodzonej ścieżce sanitariusz nie był w stanie utrzymać noszy. Te przewróciły się wraz z pacjentem, który upadł na ziemię i stracił przytomność.
- Doktorze, nie ma pulsu! - zawołał młody i chwycił za defibrylator.
Pierwszy strzał - nic. Nacisnął więc dwa razy przycisk ze strzałką w górę. Strzał. Znów bez rezultatu. Roztrzęsioną ręką ustawił urządzenie na maksymalny poziom. Strzał. Ciało podskoczyło tak wysoko, że aż się przestraszył. Jednak nie przyniosło to pożądanego skutku.
- Zostaw go! - zawołał lekarz stojąc u wnęki wagonu.
- Ale... - młody nie chciał tak łatwo dać za wygraną.
- Zostaw, bierzemy następnego!
Chłopak wykonał w końcu polecenie zostawiając ciało Piotra na śniegu. Postawił nosze i pobiegł w stronę lekarza.

Gdy jechali z pacjentem do szpitala, niedoświadczony ratownik trochę już się uspokoił, więc zapytał:
- Panie doktorze, czemu nie ratowaliśmy tamtego? Przecież w szpitalu nieraz po piętnaście minut próbujemy.
- W takich warunkach nie ma czasu. Trzeba brać, kto żyje.
- Ale nas uczyli zawsze, że do 15 minut trzeba ratować.
- Ale nie w takiej sytuacji.
- Ale może mogłem go uratować.
- Nie obwiniaj się. Wszystko było ok.
- Ja jednak nie rozumiem, dlaczego? - młodemu zaczął łamać się głos.
- Nie martw się. Ratujemy tego, przeżyje dzięki nam. Kiedy byłem młody, też bardzo przeżyłem podobną sytuację.
- I co pan wtedy zrobił?
- Jesteś wierzący?
- Tak.
- Ja nauczyłem się, że to Bóg rozdaje karty. I nauczyłem się mówić sobie, że plan Boga wobec kogoś jest taki, a nie inny, że ta osoba akurat miała odejść. Że najwidoczniej takie było jej przeznaczenie.

KONIEC
Żory, 12 października 2010 r.

Informacje o tekście
Powiązane linki:Wróć
[Komentarze] | Share Podziel się
Data dodania:23 października 2010 13:13
Tekst czytano:553 razy
0,21/dzień
Ocena tekstu:
5,50 (4 oceniających)
(Kliknij właściwą gwiazdkę, by oddać głos)

Uwaga! Wszystkie teksty na tej stronie są mojego autorstwa i objęte są prawami autorskimi! Kopiowanie, publikowanie lub cytowanie w całości bez wiedzy autora - ZABRONIONE! [Dowiedz się więcej o prawach autorskich]

Strona istnieje od 25.01.2001
Ta strona używa plików Cookie
 
archive To tylko kopia strony wykonana przez robota internetowego! Aby wyświetlić aktualną zawartość przejdź do strony.
Ładowanie...

Optymalizowane dla przeglądarki Firefox
© Copyright 2001-2017 Dawid Najgiebauer. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ostatnia aktualizacja podstrony: 22.09.2014 12:17
Wszystkie czasy dla strefy czasowej: Europe/Warsaw