OPOWIADANIA I WIERSZE

Opowiadania i wiersze > Opowiadania > Pozostałe > Mój Anioł Stróż

Mój Anioł Stróż

- Dorotko, miałbym do ciebie prośbę - usłyszałam, gdy tylko wróciłam do domu z nocnej zmiany. - Podwieziesz mnie?
- Oj, Miśku, zmęczona jestem - odparłam z nadzieją, że moje marzenia na najbliższe godziny zatopienia się w mięciutkiej kołderce jednak mają szansę się spełnić. - Ciężki dziś miałam dziś w pracy. W ogóle jakoś pechowy; najpierw szef miał zły humor, bo Gośka coś namieszała w papierach, a potem jeszcze upuściłam towar i dopiero urządził mi kazanie.
- A jak tak bardzo, bardzo poproszę?
To charakterystyczne spojrzenie mojego chłopaka zawsze potrafiło mnie złamać. Uległam.

W godzinę po śniadaniu wyruszyliśmy. Choć bardzo lubiłam spędzać razem każdą chwilę, to jednak dziś zmęczenie brało górę i chciałam mieć to wszystko już jak najszybciej za sobą. I choć droga nie była daleka, to jednak wieczne drogowe korki spowodowane licznymi remontami, które brały udział w wyścigu ze zbliżającą się zimą, skutecznie tą drogę wydłużały. Gdy dowiozłam swojego faceta na miejsce w głowie miałam już tylko wyliczenia, jak długo przyjdzie mi stać w drodze powrotnej i kiedy wreszcie będę mogła położyć się spać.

Jednak los nie zamierzał mi dziś pobłażać. Minęła połowa mojej drogi powrotnej; na wiadukcie widać już było sznur stojących pojazdów. Podjeżdżałam powoli, gdy nagle samochód strzelił i zgasł.
- Cholera, znowu to samo! - zamruczałam pod nosem.
Gdzieś pojawiła się mała smuga dymu z kabli pod kierownicą i już wiedziałam, że będą problemy. Nie raz już się tak zdarzało. Stary grat, przy którym moje 20 latek pewnie nie było wiele większym dorobkiem od jego wieku. Nie lubiłam go, tak samo jak on mnie. Może to za ten zderzak i reflektor, które w zimie rozbiłam o płot? Do dziś z resztą niewymienione - tylko te szkła od świateł prowizorycznie zostały posklejane, byle się trzymało kupy. Włączyłam światła awaryjne i spróbowałam odpalić. Bezskutecznie. Inne samochody zaczęły szybko mnie omijać to z lewej strony to z prawej po pasie awaryjnym. Wzięłam komórkę w rękę, którą przed wyjazdem pożyczyłam od brata. Niestety czarny ekran zdradzał, że jej bateria nie została ona obdarzona należytą troską.
- Boże, niech mi ktoś pomoże! - poprosiłam w myślach.
Nie wiedziałam zupełnie, co mam robić. Zaciągnęłam tylko hamulec ręczny i wysiadłam. Za mną stała akurat jakaś kobieta. Pomyślałam sobie, że może choć na nią będę mogła liczyć - wszak kobieta kobiecie tak solidarnie... Podeszłam do niej:
- Przepraszam panią, zepsuł mi się samochód i nie mogę zapalić, i...
Nie zdążyłam dokończyć, gdy zza pleców dobiegł mnie głos:
- Dzień dobry, co to się stało?
W moim kierunku zmierzał młody, choć nieco starszy ode mnie mężczyzna w czarnych butach, spodniach i koszuli w paski oraz popielatej kurtce, z którym to ubiorem silnie kontrastowała pomarańczowa kamizelka odblaskowa. W tej chwili doznałam jakiegoś dziwnego odczucia, które spowodowało, że natychmiast przerwałam dotychczasową rozmowę (a w zasadzie mój rozpaczliwy monolog) i odwróciłam się ku niemu.
- No właśnie samochód mi zgasł i nie chce zapalić.
- Mogę? - zapytał, a ruchy wyraźnie zdradzały jego zamiar zajęcia miejsca za kierownicę.
Obejrzałam się jeszcze odruchowo w kierunku zatrzymanego za mną samochodu, lecz nie było po nim już śladu. Pewnie musiałam tylko wystraszyć tamtą kobietę.
- Oj, jak ciasno - powiedział z uśmiechem szukając ręką pod siedzeniem dźwigni pozwalającej na odsunięcie fotela.
- Po prawej... To znaczy po lewej - poinstruowałam, lecz po chwili sama pociągnęłam za rączkę.
- O, dzięki!
- Trzeba przekręcić kluczyk do końca, potem z powrotem, wcisnąć ten przycisk i wtedy odpalać - udzielałam dalej znanych mi instrukcji jednocześnie wciskając owy tajemny guzik, który jednocześnie spełniał rolę ogrzewania szyby.
Jednak i próba odpalenia samochodu przez nieznajomego zakończyła się fiaskiem.
- Dobra, posłuchaj - powiedział do mnie wysiadając - zjedziesz teraz na pobocze, żebyśmy nie tamowali ruchu. Tylko uważaj, bo nie będziesz miała hamulców, dlatego powoli i asekuruj się ręcznym - poradził mi.
W sumie byłam tak spanikowana, że zupełnie bezkrytycznie podchodziłam do każdego jego słowa. Cieszyłam się, że znalazł się ktoś, kto zachowywał zimną krew. Nie wiem, co bym zrobiła sama. Młody mężczyzna poszedł teraz pasem, na którym stałam kilkadziesiąt metrów za samochodem robiąc mi tym samym wolną drogę do stoczenia się.
- Jeszcze troszkę bliżej. Ok. I prostuj teraz! - kierował mną.
- Dziękuję, że się w ogóle pan zatrzymał.
- Nie ma sprawy! Mówią, że jak się komuś coś ofiaruje, to kiedyś to wróci. Właśnie tak patrzyłem, co to się nagle przede mną dzieje, że tu lewym jeden spieszy, zaraz poboczem drugi. No i patrzę, a tu stoisz. Myślałem w pierwszym momencie, że ktoś cię stuknął, ten zderzak rozbity...
- To ja kiedyś w zimie o płot rozbiłam...
- Dobra, spróbujemy jeszcze raz.
Wsiadł ponownie za kierownicę mojego samochodu i ponownie spróbował. Bezskutecznie.
- A benzyna to jest? - zapytał spoglądając na wskaźnik paliwa wskazujący atmosferę pustynną w baku.
- On na gaz jest - odparłam.
- A od gazu wskaźnik jest?
- O, tam! - wskazałam.
Spojrzał i znów przekręcił kluczyk w stacyjce.
- A przy odpalaniu to przypadkiem nie odpala z benzyny?
- Oj, wie pan, nie mam pojęcia. To nie mój samochód tak w ogóle.
Spróbował ponownie. Tym razem silnik zaskoczył, lecz po sekundzie znów zgasł.
- No właśnie tak się dzieje. Już tak miałam nie raz. Co chwila kłopoty z tym samochodem. A jak z tego zaczął mi iść dym - wskazałam na zwisające małe, żółte pudełeczko pod kierownicą, - to wiedziałam, że dalej nie pojadę.
Mężczyzna zaczął się przyglądać uważnie, a ja kontynuowałam moją mowę:
- Odwiozłam chłopaka, chciałam szybko wrócić do domu i myślałam, że już tylko te korki mnie czekają, a tu proszę...
- Oj, nie znam się na elektronice samochodowej niestety. Widzę tylko, że zrobiona ta instalacja okropnie. Wszystko na skrętkę, w powietrzu. Tu dioda nie podłączona jakaś...
- To chyba jakiś przekaźnik jest.
- Tak, tak, to jest przekaźnik - potwierdził wskazując na żółtą przeźroczystą kostkę.
- A to nie działa, jak jest tylko z jednej strony tak podłączone? - zapytałam.
- Nie, nie. Na pewno nie. Słuchaj, masz trójkąt?
- A nie wiem nawet, to nie mój samochód...
- Powinien być. Lepiej postawić, żeby się nikt nie czepił.
Otworzyłam bagażnik i podeszliśmy do niego razem. On szybko wypatrzył to, czego poszukiwał i po chwili odblaskowy trójkącik stał już na jezdni.

Najlepiej to jakby ktoś był, kto wie co to jest, co to robił i wie, jak to powinno być popodłączane.
- A ma pan może telefon? Bo mój się rozładował.
- Tak, pewnie! Proszę.
- A działać będzie inna karta?
- Dzwoń z mojego!
- Nie, nie chciałabym...
- Nie mam simlocka. Powinno działać - odparł i zaczął wyjmować swoją kartę.
Ja również drżącymi wciąż rękoma wyjęłam moją i włożyłam do jego telefonu. Włączyłam go, ale po chwili wyłączył się.
- Hmm... Chyba nie lubi coś twojej karty - żartobliwie skomentował. - Mówię, dzwoń z mojego. Chyba, że masz numer na karcie a nie pamiętasz...
Zabawa z przekładaniem kart zaczęła się na nowo.
- No właśnie nie jestem pewna, czy pamiętam.
- Dzwoń, śmiało! - zachęcał miłym głosem.
Zadzwoniłam. Poprosiłam mojego wujka, by ten zgłosił się na CB.
- Dziękuję panu...
- Daj spokój z tym panem! Michał jestem - i młody mężczyzna podał mi dłoń. - Przepraszam, trochę się pobrudziłem - dodał.
Spojrzałam w tym momencie na niego. Na jego twarzy rysował się ciepły uśmiech, a wzrokiem spoglądał wprost w moje oczy. Lecz spojrzenie to było inne od tych, jakie znałam do tej pory. Mężczyźni zawsze spoglądali na mnie tak, jak łowca spogląda na ofiarę. Na pewno sprawiała to moja figura, która choć niska, była dla większości facetów atrakcyjna i pociągająca. Stąd zawsze widziałam w ich spojrzeniach pożądanie. Tym razem w odbieranym spojrzeniu znajdowałam pogodę, uśmiech, współczucie, ale przede wszystkim życzliwość i otwartość. Jednak do uspokojenia brakowało mi jeszcze jednego:
- Muszę zapalić - oznajmiłam i sięgnęłam po paczkę papierosów.
- Niezdrowo.
- Wiem.
- Nie denerwuj się tak - próbował jakby tym słowem odwieść od mojego zamiaru.
Sięgałam już po zapalniczkę samochodową, lecz w tym momencie palił się już koło mnie płomień zapalniczki w jego wyciągniętej ręce.
- Palisz też?
- Nie. Po prostu kiedyś znałem kogoś, kto palił. Nauczyłem się przy niej takich zachowań i chyba zbyt dużej tolerancji.
- "Przy niej"? - owe wyraźnie wskazanie na płeć przyciągnęło moją uwagę.
- Przeszłość. Nieważne - wyraźnie zaakcentował gasząc moje nadzieje na usłyszenie jakiejś ciekawej romantycznej historii.
Wyszłam teraz z samochodu. On na ten moment wolał się oddalić:
- Idę przestawić tylko swój samochód bliżej; zaraz wracam.
Zrobiło mi się trochę wstyd - wszak on swoim spokojem próbował i moje nerwy poskromić, próbował pocieszyć, rozśmieszyć, a ja perfidnie sięgam po fajki i nawet nie zapytałam się, czy mu to nie przeszkadza. Ale czułam, że inaczej nie pozbędę się nerwów. W pośpiechu więc starałam się wypalić zanim wróci.

Moja rozmowa z nieznajomym życzliwym kierowcą toczyła się dalej. Choć jednym uchem cały czas wsłuchiwałam się w potoki słów płynące z radia CB wyczekując swojego imienia.
- Nie spieszy ci się nigdzie? - zapytałam, bo w zasadzie co było do zrobienia, to zrobił, a teraz stał marnując swój czas na rozmawianiu ze mną o wszystkim i o niczym.
- Nie. Mam czas, poczekam tu z tobą.
Ucieszyłam się bardzo na te słowa. Bałam się, że pewnie zechce uciec spiesząc się jak wszyscy i zostałabym sama. A nie wypadało mi prosić o to, by został. Czułam się z nim po prostu lepiej. On tym czasem kontynuował:
- Wiem jak jest, każdy się gdzieś spieszy, albo po prostu bali by się zatrzymać.
Przytaknęłam i rozmowa znów obrała temat różnych przygód drogowych. Obok nas przejeżdżały powoli kolejne samochody, z których byliśmy bacznie obserwowani przez amatorów sensacji wyszukujących ogromu zniszczeń w obu samochodach, które świadczyć by miały o kolizji. Mijał nas także bus z rozbawionymi facetami, którzy kieliszkiem wódki wznosili nam toasty. To było nawet zabawne, ale stało się mniej, gdy jeden z nich już zamierzał do nas wysiąść. Na szczęście ich kierowca wolał kontynuować jazdę. W międzyczasie wreszcie na CB usłyszałam swoje imię, ale porozumieć się było ciężko - radio zaczynało chwilami milknąć.
- Wiesz co, zadzwoń lepiej, szybciej się dogadasz - poradził mi Michał.
- Mogę raz jeszcze zmienić kartę?
- Dzwoń z mojego!
- Nie, nie. Nie będę naciągać... - odrzekłam i zaczęłam wyjmować swoją kartę.
Podałam mu ją. On wyciągnął baterię:
- Potrzymasz chwilkę? - zapytał.
Wyciągnęłam dłoń i położył mi ją na niej. A zrobił to w sposób tak delikatny i jakiś niezwykły. Jego palce w tym momencie dotknęły mojej dłoni, a mnie przeszyło uczucie ciepła biegnące od rąk w stronę serca. Uświadomiłam sobie wtedy, że w ciągu całego tego czasu to było raptem jego drugie dotknięcie mnie poza podaniem ręki na przywitanie. Zawsze faceci wręcz kleili się do mnie tak, że nie raz w życiu musiałam uciekać spod ich łap. A on był zupełnie inny. To sprawiało, że czułam się przy nim bezpieczna. Z resztą sam podczas rozmowy opowiadał, jak to teraz szczególnie młode dziewczyny narażone są na spotkania z "różnymi" ludźmi. A może tym wszystkim tylko chciał uśpić moją czujność?

Zadzwoniłam do taty, który właśnie skończył pracę:
- Cześć, rozmawiałeś już z wujkiem może?
- Tak, wszystko mi powiedział. Jak dasz radę to zjedź na pobocze, albo poproś kogoś...
- Stoję na poboczu. Jest ze mną taki pan, który się zatrzymał i mi pomógł.
- Dobrze, to czekaj na mnie. Za niedługo postaram się przyjechać. Jesteś przed tymi torami co się od nas jedzie, tak?
- Nie, nie - zaprzeczyłam i raz jeszcze z pomocą "pana, który się zatrzymał" opisałam miejsce swojego postoju.
Wreszcie pojawiła się jakaś nadzieja. Choć wcześniej Michał proponował mi, że może mnie podwieźć, to ja bałam się zostawić samochód na środku ulicy.
- A jak przyjedzie i zapali za pierwszym razem? - powiedziałam pół-żartem.
- To będzie wstyd - uśmiechnął się i dodał: - chcesz, to spróbuj jeszcze raz.
Tym razem było jeszcze gorzej. Przekręciłam kluczyk, a samochód tylko zajęczał.
- Oj, chyba akumulator padł... - zdiagnozował problem.
Faktycznie, lampki na desce rozdzielczej nie świeciły się a radio zamilkło na stałe.
- I co teraz zrobimy? - zapytałam.
- Nie martw się, mam kable w razie czego.

Teraz pozostawało tylko czekać na tatę. Ja byłam coraz bardziej śpiąca i ziewałam co chwilę.
- Chcesz, to śpij. Popilnuję cię.
- Oj, nie, nie - pomyślałam sobie - jeszcze mnie zgwałcisz albo coś... - lecz jemu odparłam: - Chyba nie mogłabym zasnąć.
Patrzył na mnie cały czas z ciepłym i promiennym uśmiechem. Mnie znów zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia, że go przetrzymuję, ale kolejna jego obietnica, że poczeka ze mną do końca ponownie wywołała we mnie zadowolenie. Sama nie wiem, dlaczego zostawał wciąż ze mną, ale bynajmniej nie przeszkadzało mi to. Realizował to, co tak naprawdę chciałam i o co prosiłam go w myślach.

Mijały kolejne godziny. Ruch stawał się już coraz mniejszy, ale i słońce zaczęło zmierzać ku zachodowi.
- Jak to dobrze, że trafiłam na takiego człowieka - pomyślałam sobie wyobrażając już mnie samą w otaczających zewsząd ciemnościach.
Wreszcie na drodze pojawiło się znajome auto. Oczywiście mój mały brat także musiał przyjechać. Ojciec przywitał się z moim towarzyszem:
- Dzień dobry! Dziękuję, że pan pomógł.
- Dzień dobry! Nie ma sprawy!
- No spróbuję zaraz odpalić...
- Może być problem. Akumulator nie wytrzymał. Zaraz kabli poszukam.
Tata otworzył maskę. I chyba wszystko dla niego stało się jasne:
- Strzelił ci? - zapytał mnie.
- No tak, strzelił.
Coś pomajstrował i za chwilę spróbował odpalić jeszcze raz. Mimo słabego akumulatora resztki energii pozwoliły jednak na uruchomienie samochodu. Wreszcie mogłam wracać do domu!

- Dziękuję raz jeszcze za pomoc! - ojciec podał rękę temu życzliwemu kierowcy, który tyle godzin towarzyszył mi.
Ja poszłam za przykładem i uczyniłam to samo. Choć tak naprawdę miałam ochotę go uściskać, ale jakoś mi nie wypadało przy ojcu. No i co by na to powiedział mój chłopak? Choć z drugiej strony pewnie, gdyby nie tato, to nawet tego bym nie uczyniła. On również delikatnie i przelotnie uścisnął mi dłoń i słowem "pa" pożegnał się ze mną. Tak jakoś... Zwyczajnie... Ciepło, ale zwyczajnie i szybko, jak równie szybko zjawił się przy mnie.

Wszyscy ruszyliśmy w drogę w tym samym kierunku. Michał pierwszy, potem jakiś maluszek i my. Zaczęłam opowiadać wszystkim o tym, co mnie dziś spotkało oraz o poznanym kierowcy, który zatrzymał się, by mi pomóc. Patrzyłam w jego stronę i dostrzegałam, że cały czas spogląda w lusterko. Jakby chciał się upewnić, że wszystko gra. Na zakręcie na chwilę straciłam go tylko z oczu. Potem była już długa prosta droga biegnąca wśród szpaleru drzew. Lecz była pusta. Nie było żadnego skrzyżowania, gdzie mógłby skręcić. Po prostu zniknął, ale jakby nikt z pozostałych osób w samochodzie nie zauważył tego dziwnego zjawiska. Z resztą sama nie zwróciłam na to wtedy aż takiej uwagi.

Gdy przyjechałam do domu cel miałam tylko jeden - łóżko. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dopiero wołana na kolację. W telewizji pokazywane były właśnie "Wiadomości", a w nich jak zwykle przedwyborcze sondaże, wojna w Iraku i ludzkie tragedie - nic nowego. Moją uwagę zwróciły dopiero zdjęcia jakiegoś znanego mi miejsca. Mówiono o brutalnym gwałcie i mordzie jakiejś dziewczyny, do których doszło dzisiaj w godzinach południowych. Poznałam to miejsce - to był las, który ciągnął się kilka kilometrów za miejscem mojej awarii. Pomyślałam sobie, że może dobrze się stało, że samochód odmówił mi dalszej jazdy. Jednak kolejne zdjęcia ukazujące grupę pijanych mężczyzn podejrzanych o popełnienie tej zbrodni sprawiły, że spojrzałam na wszystko jeszcze inaczej. Mimo zakrytych twarzy poznałam ich! Tak, to nie awaria samochodu była moim ratunkiem, lecz ta uśmiechnięta osoba, która pojawiła się znikąd natychmiast po rozpoczęciu się moich problemów i przez cały czas czuwająca przy mnie. Kto to tak naprawdę był? Czy facet, który nie mógł się oprzeć widokowi młodej, atrakcyjnej dziewczyny, czy może tylko zwykły uczynny kierowca? A może to był mój własny Anioł Stróż? Czy kiedyś jeszcze go spotkam? Żałuję tylko, że podziękowałam mu tak sucho za to, że był przy mnie.

KONIEC
Kluki k/Bełchatowa, 17 września 2007

Dla Dorotki z 25. kanału CB-radia z życzeniami spotykania w życiu samych życzliwych Ci ludzi.

Informacje o tekście
Powiązane linki:Wróć
[Komentarze] | Share Podziel się
Data dodania:20 września 2007 22:09
Tekst czytano:3 002 razy
0,82/dzień
Ocena tekstu:
6,00 (4 oceniających)
(Kliknij właściwą gwiazdkę, by oddać głos)

Uwaga! Wszystkie teksty na tej stronie są mojego autorstwa i objęte są prawami autorskimi! Kopiowanie, publikowanie lub cytowanie w całości bez wiedzy autora - ZABRONIONE! [Dowiedz się więcej o prawach autorskich]

Strona istnieje od 25.01.2001
Ta strona używa plików Cookie
 
archive To tylko kopia strony wykonana przez robota internetowego! Aby wyświetlić aktualną zawartość przejdź do strony.
Ładowanie...

Optymalizowane dla przeglądarki Firefox
© Copyright 2001-2017 Dawid Najgiebauer. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ostatnia aktualizacja podstrony: 22.09.2014 12:17
Wszystkie czasy dla strefy czasowej: Europe/Warsaw