OPOWIADANIA I WIERSZE

Opowiadania i wiersze > Opowiadania > Opowiadania kolejowe > Moje marzenie

Moje marzenie

Pogoda nie dopieszczała. Przełom lipca i sierpnia, a wciąż było chłodno i wilgotno. Ale ja zawsze wolałem to od upałów. Więc uznałem tą pogodę za świetną, aby wyjść na pobliską stację PKP - ostatnio i tak bywałem tam prawie codziennie. Umówiłem się na stacji z Koltomem. Jednak godziny dokładnej sobie nie podaliśmy, więc jak zwykle pozostawało mi czekać na tego śpiocha. Godzina 10.30 to zdecydowanie za wczesna pora jak dla niego.

Po porannym strajku, który trwał od 7.00 do 9.00 stacja nie przypominała siebie - ruch panował taki, jakiego jeszcze nie pamiętałem. Wszystkie tory postojowe zajęte, a przez tory główne non stop odbywał się na bieżąco ruch pasażerski i towarowy. Przez stację przetaczała się cała plejada pojazdów od Tem2 przez ET42 po EU07. Poza tym na stacji pracowały rozgrzane do czerwoności dwie SM-ki: 42 i 31.

Jednak zdecydowanie najwięcej było składów towarowych zaprzęgniętych do ET22. Dwie takie lokomotywy stały też luzem czekając na wypełnianie powierzonym ich panom rozkazy.

- Cóż - pomyślałem - muszę się przejść, może w końcu uda się wsiąść. W końcu składy na postojowych za szybko nie odjadą.

Szedłem więc wzdłuż 40 Eaos-ów wypełnionych po brzegi czarnym złotem. Nie widziałem ich jednak, gdyż widok przesłaniały inne wagony postawione na dwóch, oddzielających mnie od wypatrzonego składu, torach. W miarę jak dochodziłem do początku składu coraz bardziej było słychać ogłuszający szum pracy lokomotywy. Przystanąłem na chwilę. Coś mnie blokowało. Postanowiłem więc podejść przed skład. Mechanik wychylił się przez otwarte okno zerknął na mnie, potem na skład i szybko się schował.
- Pewnie zaraz odjedzie - wydedukowałem.

Jednak światła były wygaszone. Coś mi w tu nie grało. Maszyna wciąż buczała, a co kilka minut do orkiestry przyłączał się głos kompresora, mimo, iż skład wcale nie był odhamowywany. Chciałem podejść pod lok, ale blokowały mnie trzy rzeczy: ogłuszający huk, spojrzenia mechanika co chwilę kierowane w moją stronę oraz mnóstwo kręcących się drużyn manewrowych. Spojrzałem w stronę kładki dla pieszych, gdzie zawsze się spotykaliśmy z Koltomem. Zdałem sobie też sprawę, że mnie tu nie zauważy. Pomyślałem więc i wróciłem się do przejścia, aby pozostawić dla niego znak. Ukradłem ostry kamień spod podkładu i zacząłem pisać na ziemi: "KOLTOM -> ET22", kierując to strzałkę w stronę wypatrzonego byka. Jednak nie byłem pewnie, czy zauważy ten znak, a szkoda mi było, aby szedł taki kawał na próżno, gdyż sam jakoś nigdy nie mógł się przemóc. Ja zresztą też. W dwójkę zawsze raźniej.

Wróciłem na poprzednie miejsce pod ET22-768. Znów poczułem na sobie wzrok jej pana. Coraz bardziej mnie to deprymowało. Nie odważyłem się podejść.

W końcu dałem sobie spokój zauważając na torze tuż przy drodze oraz kładce stojącego luzem ET22-1059. Podszedłem bliżej. Jednak bałem się zastukać o blachę. Za to znalazłem sobie nowe zajęcie - podsłuchiwanie radia. Nie trwało to zbyt długo, a koło mej głowy przeleciała kulka z cynfolii. Kontynuowałem jednak okupację. Po chwili wylądowało zawiniątko z papieru śniadaniowego a tuż za nim po mojej drugiej stronie spluniętą ślinę pomocnika. Spojrzałem w górę; znów zderzyłem się wzrokiem z władcą maszyny. I po raz kolejny ogarnęło mnie zmieszanie i trema. Chyba zresztą właściciela tych wątpliwych pamiątek też.

Koltoma dalej nie było. W końcu zacząłem czuć zmęczenie - głównie w nogach i moczu. Postanowiłem niezadowolony wrócić do domu, a miałem do przejścia blisko 4 km.

W domu wymieniłem uwagami się z Koltomem i udzieliłem reprymendy, że nie przyszedł na umówione spotkanie.

Ale najbardziej wkurzało mnie moje niezdecydowanie, które uniemożliwiło mi wejść na teren tego niezwykłego świata. Z postanowieniem poprawy powędrowałem do łóżka, a na dobranoc przeczytałem kolejne opowiadanie Covalusa, które miało mi dodać wiary.

* * *

Ranek przywitał mnie chłodem i ciemnymi chmurami. Ale na deszcz się nie zanosiło. Podobnie jak wczoraj umówiłem się z Koltomem i wybrałem - tym razem profilaktycznie samochodem - na stację.

Stacja znów nie przypominała tej z wczoraj - na powrót nastały Wielkie Pustki. Postanowiłem się nie poddawać. W oddali wypatrzyłem jednak, ze stojące wagony są zaprzęgnięte do ET22. Poszedłem w tą stronę, wcześniej mówiąc Koltomowi, żeby tym razem szukał mnie przy lokach.

Gdy znalazłem się pod semaforem zajrzałem na palcach do środka byka. Był pusty. Czekałem pod nim z godzinę. Nic - skład był pozostawiony sam sobie. Zapomniany rdzewiał wraz z torami, a węgiel na wagonach pełniących rolę durszlaku sechł po wieczornym deszczu.

Wróciłem na kładkę w nadziei, że coś się w końcu przytrafi. Przez zasłonę chmur coraz częściej przedzierało się słońce. Sierpień zaczynał robić się gorący. Robiło się duszno i "porno". Mnie, nieprzygotowanemu na to, coraz bardziej zaczęło to doskwierać. Ale postanowiłem: "jak dziś nie znajdę się w lokomotywie - to się załamię".

Wszedłem na kładkę. Oczom rzuciła się bardzo duża - wielkości dwóch komputerów - pozostawiona sztywna walizka. Była nieco uchylona; pusta. Pomyślałem, że pewnie jakiś pijak przytaszczył ją tu z wysypiska śmieci i zostawił. Nie dotykałem jej. Kto wie, co to może być.

Zacząłem chodzić po kładce w tą i z powrotem wyczekując na okazję. Ludzie przechodzący obok mnie zerkali na ową walizkę i na mnie. Ja jednak to ignorowałem.

Słońce coraz bardziej doskwierało. Od czasu do czasu przelatywały bez zatrzymywania się składy ciągnięte przez Tem2 lub ET41. Ja wiedziałem, że jeśli nie nadjedzie coś na postojowy, to nie dam rady załapać się na taki pociąg. Czekałem.

Na most weszła para zakochanych. Usiedli na ławce; zaczęli się całować i pieścić. Szczerze mówiąc wkurzało mnie to. Zacząłem schodzić torami na środkowy peron. W tym momencie zaczął nadjeżdżać skład ciągnięty przez ET22-089. Stanąłem. Wiedziałem, że zaraz ruszy. Wróciłem się na most obserwować kolorofon. Jednak pozostawał na nim krwisty sygnał S1. Mechanik wychylił się przez drzwi i spojrzał na mnie. Pomyślałem:
- Teraz, albo nigdy.
Jednak nim zdążyłem zejść na peron - on się schował. Przystanąłem więc przy byku. Po chwili mechanik znów wyszedł i zaczął przyglądać się swojej lokomotywie. Obszedł ją dookoła bacznie patrząc na hamulce. Gdy wrócił powiedziałem sobie: "spróbuję". W końcu jego postój był i tak dość długi. Może czekał na zwolnienie szlaku przez pociąg nadjeżdżający z przeciwka?
- Mechaniku, kiedy odjeżdżacie?
- Nie wiem - odpowiedział, tak, jakby rzeczywiście nie miał pojęcia. Zdziwiło mnie to trochę. Jednak za chwilę dodał - A co? Chcesz wejść? Wskakuj!
Zaskoczył mnie zupełnie. Absolutnie nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Zanim zdążyłem przyjąć do wiadomości co się dzieje, starszy mężczyzna z bardzo bujnymi czarnymi wąsami wskazał mi na drzwi udzielając jednocześnie pouczenia:
- Pamiętaj, że jak będziesz schodzić to tak samo jak wchodzisz.
- Oczywiste - pomyślałem sobie, po czym dodałem na głos - Tak jest, też tyłem! - chcąc potwierdzić przez to, że go zrozumiałem.

Nie oglądając się zbytnio szybko odnalazłem ciasne drzwi prowadzące do pomieszczenia z pulpitem maszyny. Nie wiedziałem, na co mam patrzeć. Jak małe dziecko chłonąłem wszystko, a jednocześnie nie umiąc skupić na niczym szczególnej uwagi.
- Wie pan, pierwszy raz jestem w loku.
On rozkręcił haslera i wskazał na niego:
- To czarna skrzynka.
- Tak, wiem - dość nieuprzejmie chyba odpowiedziałem, po czym dodałem - tak teoretycznie to znam obsługę loka. Choć bardziej znam EU07 od ET22.
- Po technikum?
- Nie. Po prostu pasjonat.
- Ja mam uprawnienia także na siódemkę, ET22 i EP09 oraz praktycznie wszystkie spalinówki.
- Za bardzo nie lubię spalinówek - wolę elektrowozy.

Nasza rozmowa trwała przerywana co chwila meldunkami radia. Nie chciałem zagłuszać jego komunikatów, więc gdy tylko usłyszałem pisk natychmiast przerywałem zdanie. Usiadłem na miejscu pomocnika (maszynista był sam), na którym leżała jeszcze teczka. Dalej starałem się chłonąć wszystko, a jednocześnie nic. Mężczyzna przycisnął przyciski na radiu i wymieniając swój numer pociągu, którego nawet nie byłem w stanie zrozumieć ze względu na dalej trwający szok, przypomniał o swej egzystencji na torze.
- Nie chciałem was puszczać, bo przy następnym znów byś musiał się zatrzymać.
Mężczyzna znów coś powiedział, co nie byłem - nie wiedzieć czemu - w stanie zrozumieć. W odpowiedzi usłyszałem jednak:
- Dobra. Przygotowujemy przebieg.

Wiedziałem, że moja wizyta dobiega końca. Wstałem.
- Musisz już wysiadać. Pamiętaj, tak samo jak przy wsiadaniu, bo inaczej nie będziesz mógł stanąć na schodku - przypomniał raz jeszcze.
Dość nieporadnie zszedłem z maszyny, jednak spieszyłem się nie chcąc przeciągać i tak wydłużonego postoju.
- Do widzenia! Dziękuję bardzo miłej drogi!

Na semaforze zapaliło się zielone światło. Pociąg odjechał po cichu. Nie było nawet Rp1. Myślałem, że po prostu mężczyzna nie chce mnie straszyć.

Wróciłem na kładkę. Pociąg już znikał za zakrętem. Para zakochanych dalej kontynuowała swe poczynania. Koltoma dalej nie było. Ale mój wzrok przyciągnęło coś innego - walizki, przez nikogo nie ruszanej przez cały ten czas, już nie było. Zaciekawiło mnie to bardzo. Jednak spojrzałem na swoje ręce, na których znajdowała się jakaś część brudów pochodzących z lokomotywy i uradowany postanowiłem wrócić do domu. Misja spełniona. Mam czego chciałem. Siedziałem. Następna misja - poprowadzić pociąg.

Całe szczęście, że uciekłem do domu, gdyż po 30 min. rozpętała się straszliwa burza. Pioruny waliły tuż obok mojego domu, deszcz tworzył na szybie grubą taflę wody. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby zastało mnie to na stacji.
- Miałbyś wtedy świetną wymówkę, że musisz wsiąść do lokomotywy - skonkludował Koltom, który jak się okazało był na stacji zaraz po tym, jak ja z niej odszedłem. Może i miał rację...

* * *

Opowiedziałem o tym wszystkim jedynej znanej mi osobie, która mnie zrozumie. Jednak w trakcie opowiadania zamiast zainteresowania na twarzy mojego słuchacza pojawił się grymas niepewności.

Następnego dnia znów się z nim spotkałem. Rozmawiał z naczelnikiem stacji Żory, ten zaś ze swoim poprzednikiem, bardzo sumiennym, choć nie lubianym przez innych. Okazało się, że lokomotywa ET22-089 została oddana do kasacji w 87r. Nie rozumiałem. Oznaczeń byłem pewien, gdyż długo wpatrywałem się w jej czoło zanim podszedłem bliżej. Wszystko zapisywałem na kartkach. Więc nie było mowy o błędzie. Coś nie grało.
- W sierpniu 1987 - przekazywał mi opowiadanie znajomy - skład towarowy 1836 ciągnięty przez ET22-089 miał wypadek. Rozpętała się wtedy straszliwa burza. Skład 1836 miał zatrzymanie wskutek nieprzejezdnego toru. Było to na jednotorowym odcinku szlaku z Żor do Pszczyny. Pech chciał, że semafor na pobliskim posterunku zawiesił się w pozycji uniesionej i żadną siłą nie dało go się ściągnąć. Dyżurny próbował zatrzymać sam nadjeżdżający z przeciwka skład towarowy ciągnięty przez ST44, ale gęsty deszcz i mgła powstała wskutek upału nie pozwoliły maszyniście z ST44 go dostrzec. Na podłożenie spłonek było już za późno. Był to pociąg specjalny, nigdy tędy o tej porze nic nie jeździło; w dwóch cysternach ciągnął jakieś świństwo - nie potrafiono ustalić co, ale ze względów bezpieczeństwa hamulce w nich były wyłączone. Jak się okazało nadawca jak i odbiorca tej przesyłki byli fikcyjni. Także niemożliwe okazało się odpowiednio wczesne dostrzeżenie stojącego 1836. Doszło do zderzenia; w ostatniej chwili maszyniści zdążyli uświadomi sobie, co za chwilę się stanie. Cysterny uległy wykolejeniu i rozszczelnieniu. Ich cuchnąca zawartość wylała się na tory. W tym momencie uderzył w to miejsce piorun i najpierw obie cysterny a następnie lokomotywa eksplodowały. Obaj maszyniści - mimo, że zdążyli wyskoczyć nie przeżyli gorącej fali uderzeniowej. Obie cysterny, wagony zabezpieczające oraz lokomotywy uległy całkowitemu spaleniu. Tylko jakimś cudem w ET22 w korytarzu odnaleziono zupełnie nienaruszoną dużą walizkę. Sądzono, że ktoś ją podłożył i w raportach został ten fakt zupełnie zignorowany. Potem było bardzo długie dochodzenie, ale jego wyniki nigdy nie były pełne i wyczerpujące. O wszystko obwiniono burzę oraz bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności.
- Więc w czym ja byłem? I co widziałem? - w miarę słuchania tej historii rodziło się coraz więcej pytań.
Zamiast odpowiedzi dostałem tylko dziwne spojrzenie na mnie. Nie wiem, czy chciałem słyszeć odpowiedź. Dla mnie najważniejsze było, że w końcu wsiadłem na loka. Ale chyba zrozumiałem, dlaczego nie dana była mi propozycja przejechania się tą lokomotywą. Uświadomiłem sobie także, że dokładnie w momencie, kiedy chciałem zapytać się mechanika o stację docelową on sięgnął po radio. Tak, celu tej podróży nie mogłem znać, nie mogłem też jechać razem z nią. Jechała ona tam, gdzie czasoprzestrzeń nie istnieje.

KONIEC
Żory, 1.08.2003

Informacje o tekście
Powiązane linki:Wróć
[Komentarze] | Share Podziel się
Data dodania:6 września 2004 12:40
Tekst czytano:6 523 razy
1,36/dzień
Ocena tekstu:
4,13 (60 oceniających)
(Kliknij właściwą gwiazdkę, by oddać głos)

Uwaga! Wszystkie teksty na tej stronie są mojego autorstwa i objęte są prawami autorskimi! Kopiowanie, publikowanie lub cytowanie w całości bez wiedzy autora - ZABRONIONE! [Dowiedz się więcej o prawach autorskich]

Strona istnieje od 25.01.2001
Ta strona używa plików Cookie
 
archive To tylko kopia strony wykonana przez robota internetowego! Aby wyświetlić aktualną zawartość przejdź do strony.
Ładowanie...

Optymalizowane dla przeglądarki Firefox
© Copyright 2001-2017 Dawid Najgiebauer. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ostatnia aktualizacja podstrony: 22.09.2014 12:17
Wszystkie czasy dla strefy czasowej: Europe/Warsaw